W Czańcu kilkadziesiąt osób pobiegło, by uczcić pamięć “Żołnierzy Wyklętych”. Podobnych imprez odbyło się na terenie całego kraju ponad 300. W imprezie mógł wziąć udział każdy i startowali zarówno, ci którzy mogą pamiętać z dziecięcych lat “ludzi z lasu” oraz bardzo młodzi, którzy dowiedzieli się o istnieniu powojennej partyzantki od swoich rodziców lub dziadków. Był to bieg, w którym nie mierzono czasów (każdy mógł to zrobić we własnym zakresie), nie było medali, podium itp. Czemu? Bo nie wypadało, bo ci, których pamięć czczono, nie chcieli niczego… poza wolną polską. Odbyła się też wystawa poświęcona najwybitniejszym “Wyklętym”, o których mało wiemy, a koniecznie trzeba wiedzieć więcej. Choćby po to, by odróżnić Pileckiego czy “Inkę” od pospolitych bandytów, którzy kalali wojskowy honor.

Polska, o którą walczyli “Wyklęci” skończyła się we wrześniu 1939 roku. Wtedy umarła Polska z dworkami, zasobnym mieszczaństwem i dużą liczbą mniejszości narodowych ze szczególnym uwzględnieniem tej żydowskiej. Do tej Polski nie było już powrotu, a właśnie o to walczyli ci, których święto obchodziliśmy 3 marca. Jaki z tego wniosek? Takowy, że trzeba budować silne państwo, takie którego sojusznicy nie zdradzą podczas jednej wojny dwukrotnie i nie zmuszą ludzi do dokonywania tragicznych wyborów. Takich jak choćby Witold Pilecki, który postawił na szali swoje życie, by uciec z Auschwitz i powiedzieć światu, co tam się wyprawia, a dziś, po 70, latach wmawia się Nam, że Pilecki się mylił i to jego pobratymcy dokonali największej zbrodni w historii ludzkości. I to powinna być dla nas lekcja, bo my także musimy, jak Oni, być niezłomnymi.

P/Region