Są tacy piłkarze, którzy nierozerwalnie łączą się z tylko jednym klubem. I choć Grzegorz Więzik zaczynał karierę w ŁKS, a potem trafił do Bundesligi, to jego osobą wiąże się z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Gdy grał, to człowiek po prostu wiedział, że warto kupić bilet, gdy z Andrzejem Szłapą tworzyli środek pola, który zapewniał bielskiej ekipie kolejne sportowe awanse. Na boisku było go wszędzie pełno i tak też było, gdy musiał zmienić dres na garnitur i wcielił się w rolę działacza, którego rola polegała na skautingu. Taką też rolę pełnić będzie teraz i jest pewne, że Podbeskidzie na tym skorzysta, bo po pierwsze Więzik zna się na swojej robocie, po drugie nie sprowadza piłkarzy z Bóg wie skąd, tylko wypatruje graczy w niższych ligach, daje im szanse, a ci zwykle odwdzięczają się harując na całym boisku.

Z Więzikiem poznaliśmy się na turnieju charytatywnym w Czańcu. Był tam, włożył do skrzyneczki parę stów i zagrał tak, że kibice znów przychodzili po autografy. Dla każdego znalazł czas, młodszym pozwalał mówić do siebie po imieniu. Umiał się zachować, ufali mu też działacze, gdy przychodził do nich po zawodników. Potrafił jechać wiele kilometrów, by obserwować zawodników po całym południu Polski, bywał na meczach IV ligi, okręgówki i ligach juniorskich. Nie każdy się sprawdził, ale większość tak. Kamil Adamek jest przykładem dobitnym, ale nie zapominajmy o Darku Kołodzieju, Wojtku Rączce i innych, którzy spędzili w Bielsku najlepsze lata swojej kariery. Oby kolejny mariaż Więzika z Podbeskidziem zaowocował podobnymi transferami.

 

P/Region